LITERATURA SZTUKA FILOZOFIA SPOŁECZEŃSTWO
______________________________________________________________________


Listy: SOBIERAJ ODPOWIADA DEHNELOWI


Szanowny Panie,

rzadko zaglądam do internetu, dlatego dopiero teraz mogę odpowiedzieć na Pański felieton o mojej nieskromnej osobie, który, przyznaję, sprawił mi ogromną przyjemność, przynosząc ze sobą tak konieczne dla megalomana mojego pokroju katharsis. Cóż, nie jestem idealny – ale kto jest? Zgódźmy się więc z tym, że jestem potworem – to pojęcie zawiera w sobie ładunek na tyle negatywny, że zadowoli moich wszystkich wrogów. Niemniej, Pańska zawoalowana teza, że pisarz (szerzej: artysta) nieznany za życia jest niejako a priori mierny, wydaje mi się pozbawiona podstaw, czego dowodzi historia, pełna nazwisk twórców swego czasu nieznanych. Bo przecież nie doraźna popularność jest miarą sztuki, nie postawa etyczna artysty, nie jego koneksje, pochodzenie ani nawet nie jego – jakże niekiedy barwne – cechy charakteru. Nie one czynią artystę wielkim. Czyni to jego wyjście poza modne konwencje epoki, wiedza, warsztatowa sprawność, umiejętność nawiązania dialogu z poprzednikami i kilka innych cech, wśród nich ta najsłabiej zdefiniowana, intuicyjna raczej, jaką jest talent. A Pan postanowił dać upust swoim frustracjom urażony moim stwierdzeniem, że nie jest Pan przystojny i męski, ale za to umie Pan pisać, tylko nie ma o czym, i że Pańska słynna pelisa jest po dziadku. Przyznaję, nie są to argumenty merytoryczne, co do przepięknej pelisy to nie znam jej pochodzenia, ale i rozmowa z Janem Siwmirem była dosyć swobodna, wielowątkowa, kpiarska i ironiczna, co niesie ze sobą dygresje, niekiedy godzące w próżność, w tym przypadku Pańską. A wiemy z psychologii, że im większa próżność, tym rana bardziej dotkliwa. Miał Pan, jak sądzę, zajęcia z psychologii? Czasem taką ranę leczy poczucie humoru. Jeśli go nie ma – to rzeczywiście, życie staje się trudniejsze. Przykro mi, ale w tej sprawie nie mogę Panu pomóc.

Postąpił Pan jednak nieładnie, nie po dżentelmeńsku, posługując się wyrwanymi z kontekstu zdaniami, zafałszowaniami, przemilczeniami i przeinaczeniami oraz innymi, typowymi dla propagandy pewnych przebrzmiałych formacji politycznych, zabiegami. Nie zadał Pan sobie trudu przeczytania moich książek i skonfrontowania ich treści z – przyznaję – entuzjastycznymi recenzjami. Pominął Pan milczeniem zawarty w moich esejach i felietonach program artystyczny i stopień jego zgodności z uprawianą przeze mnie twórczością. Uniknął Pan merytorycznej, logicznej i filozoficznej kontroli moich tekstów, uciekając się do sztubackich wygłupów, które, jak wiemy, potrafią ośmieszyć wszystko. Podobnie w złym guście jest nieinformowanie mnie o Pańskiej publikacji, co uniemożliwiło mi odpowiedź we właściwym czasie i miejscu. Cóż, widać po dziadku została Panu tylko pelisa – kindersztubę diabli wzięli. Bo co innego facecje w luźnej rozmowie, a co innego publikacja w dziale książki (co Pański felieton ma wspólnego z recenzją KSIĄŻKI?)

Jest Pan, w opinii niektórych, wielkim artystą wszechstronnym, polskim Leonardem, największym kolorowym balonem, planetą, ba, najjaśniejszą gwiazdą polskiego zaprzałego literackiego nieboskłonu, więc złość i jad Panu nie przystoją, tym bardziej nie przystoi nieelegancki atak ad personam przypuszczony na mnie z braku merytorycznych argumentów. Szczególnie on niesmaczny, bo sprowokowany błahostką, jednak przyznaję, tekst w sumie zabawny – chociaż nieuczciwy i zalatujący paszkwilem. Stąd moje mieszane uczucia, w których jednak kiełkuje nadzieja, że nareszcie mam godnego siebie przeciwnika – oczywiście, jeśli idzie o złośliwość, bo zasady dżentelmeńskiej walki powinien Pan sobie przyswoić. Rzecz jasna, jeśli uzna to Pan za konieczne – broń Boże, proszę nie łamać swojej natury.

Jak wspomniałem, Pański atak na mnie jest osobisty i nosi cechy pieniactwa, bowiem w całej długiej (25 str.) rozmowie z Janem Siwmirem poświęciliśmy Panu zaledwie dwa zdania. Rozumiem, że Pan i Towarzystwo uważacie, że tacy jak my powinniśmy jedynie płacić na Was podatki i siedzieć cicho, rozdziawiając gęby w niemym zachwycie, bo tacy jesteście wielcy – przecież mówią o Was w mediach, wydają Wam książki. Otóż te czasy, Panie Dehnel, się skończyły. To, kto jest naprawdę wielki, oceni historia, może co lepiej wykształceni czytelnicy, a nie Komitet Centralny, Radiokomitet czy inni koledzy. Proszę wspomnieć te dzisiaj zapomniane, a niegdyś wynoszone nazwiska. Kto pozostał z dawnych nadmuchanych balonów? Kto zostanie z dzisiejszych? Ja nie mam tyle pychy, by stwierdzić, że wiem. Mogę jedynie przypuszczać.

Panie Dehnel, dał się Pan nabrać na moją pozorną w istocie megalomanię, sprowokowaną tym, co dzieje się w dzisiejszej polskiej krytyce i literaturze – moja bufonada to tylko kopia z dystansem tego, co wyprawiają inni, ci znani i lubiani autorzy i ich apostołowie. Obnażył Pan za to megalomanię swoją, niestety prawdziwą. Czy uzasadnioną? Cóż, ponownie zostawmy głos historii.

Przy okazji, gorąco polecam Panu lekturę moich książek – nie tylko wstępów do nich. Bo może jednak zweryfikowałby Pan swoją, proszę wybaczyć, niemądrą tezę, że jedynie popularny pisarz to dobry pisarz. Bowiem jeśli to Pan ma rację, to, ach, aż się boję – te wszystkie Hölderliny i Schulze, Gombrowicze i Witkace, te zastępy za życia wyśmiewanych, niedocenianych i zwykle niewydawanych lub wydawanych późno i w niewielkim nakładzie pisarzy, są do dupy, a liczą się jedynie ci wydawani, medialni, nagradzani i wynoszeni przez sobie współczesnych krytyków, żerujący na stypendiach, tłumaczeniach, zagranicznych wojażach, za pieniądze podatnika?

Właściwie mógłbym wzruszyć na ten Pański atak ramionami, gdyby nie jedna, jedyna rzecz – wzbudził Pan w czytelnikach swojego felietonu błędne przekonanie, że pogardzam takimi ludźmi, jak: Szekspir, Bach, Mozart, Mickiewicz, Słowacki, Witkacy, uważając ich za „pozytywnych grafomanów”. Nie napisał Pan, przez niegodziwość lub niezrozumienie, że przez grafomanię, co wyjaśniam wyraźnie, rozumiem jedynie imperatyw pisania, który przynosi efekty pozytywne, doskonałe, jak u wyżej wymienionych, którym oddaję cześć niemal boską, albo mierne, zgodnie ze słownikowym wyjaśnieniem terminu grafomania.

I last, but not least – nie bardzo się zgadzam z Pańską samokrytyką. Określa się Pan bowiem słowem „matołek”, które, wydaje mi się, nie jest właściwe. Matołkiem może być uczeń podstawówki, ostatecznie gimnazjalista, ale człowiek po studiach zasługuje na epitet adekwatny do wykształcenia.

Kłaniam się,

Tomasz Sobieraj

Odpowiedź na felieton Jacka Dehnela Po prostu: Sobieraj, książki.wp, wrzesień 2009.

Rozmowa: Jan Zumis ŚWIATŁOCIENIE

Autor: Jan Siwmir


Siwmir – Widziałeś obrazy Caravaggia?
Jan Siwmir – Widziałem. Nie jestem malarzem ani krytykiem sztuki, ale do mnie te obrazy przemawiają. Gracja i wdzięk postaci, perfekcyjny realizm, uczucia malujące się na twarzach, pasja i namiętność, które przekazuje cała sylwetka. Cóż, dziś trudno znaleźć takich gigantów pędzla.
Siwmir – Nie zapomnij o grze światła. Wielu pisarzy nawiązuje do tych obrazów właśnie ze względu na barwy i takie operowanie cieniem, które sprawia wrażenie trójwymiarowości postaci i przestrzeni. Weźmy chociażby najnowszy tomik Jana Zumisa zatytułowany Światłocienie. Na okładce fragment obrazu, w środku wiersz poświęcony temu genialnemu malarzowi...
Jan Siwmir – A tak. Jest tam i Caravaggio i Bocelli, Herbert, Kawafis, Platon, Arystoteles, Eros i Atlas. Oraz mnóstwo łaciny. Wydawałoby się, że wiersze będą ponadczasowe, czyste w formie, niebanalne w porównaniach, nawiązujące do antycznych korzeni.
Siwmir – Tymczsem, jak widzę, nie jesteś zachwycony.
Jan Siwmir – Nie tylko nie jestem zachwycony, ale wręcz wściekły. Co krok napotykam bowiem na osoby piszące od kilkunastu lub kilkudziesięciu lat, które przez taki okres czasu powinny opanować warsztat pisarski przynajmniej na tyle, by utwory były jasne, spójne, forma zaś adekwatna do treści. A patrz, co się dzieje. Wielki człowiek, erudyta, podróżnik, osoba, której nieobca jest zaduma filozoficzna i nie potrafi tej swojej wiedzy, tego ogromu doświadczenia przekazać. Większość wierszy jest przede wszystkim przegadana, skrócenie ich przynajmniej o połowę dałoby o wiele lepszy efekt.
Siwmir – Może to jest tak, że im większy ładunek emocjonalny, tym trudniej opanować go chłodnym okiem pióra? Bo przecież, żeby podzielić się z kimś jakąś myślą, należy ja ubrać w odpowiednie słowa, dobrać te słowa do poziomu odbiorcy, nie wdawać się w zbyt długie dygresje, gdyż wtedy sens wypowiedzi ucieka...
Jan Siwmir – Oczywiście, że tak jest. Jeśli jednak już ktoś chce się tą swoją myślą podzielić, niech ma świadomość, że nie może bełkotać.
Siwmir – Kiedy akurat bełkot od dłuższego czasu jest modny. Silnie promowane są wiersze, które ignorują wszelkie znaki przestankowe, interpunkcję...
Jan Siwmir – Nierzadko i ortografię...
Siwmir – Nie mają przewodniej myśli, są wyłącznie zapisem stanu nieświadomości autora, do czego autor albo dorabia jakąś filozofię (zazwyczaj z pomocą zaprzyjaźnionych krytyków), albo sam się beztrosko przyznaje, że nie wie, o co mu w wierszu chodziło, bo pisał dawno temu.
Jan Siwmir – Aż tak źle w tym przypadku nie jest, ale w wielu utworach, mam wrażenie, że autor zbyt głęboko wniknął w siebie, zbyt dużo tam znalazł i wszystkim od razu chciał się z ludźmi podzielić. A to się tak nie da. Literaturę trzeba selekcjonować, czasem ostro. Opowiedziana historia nie musi być prawdziwa, ona musi być wiarygodna i klarowna. Poza tym, jeżeli już wydaje się któryś z kolei tomik, nie można wrzucać do niego wszystkiego, co się ma na stanie. To przywilej wyłącznie debiutantów.
Siwmir – W każdym zbiorze znajdziemy wiersze lepsze i trochę gorsze. Niejednokrotnie te tzw. gorsze są bardziej cenione przez niektórych czytelników niż inne.
Jan Siwmir – Tak, ale i te gorsze muszą prezentować jakiś, choćby minimalny, poziom. No i nie można ożenić pod jednym dachem wierszy typowo felietonowych, rubasznych, satyrycznych z wierszami filozoficznymi nawiązującymi do hellenistycznych wzorów czy idei. Niewielu jest zwolenników jedzenia smalcu z dżemem. A już kompletnym nieporozumieniem jest wiersz Krzyk życia. Infantylny, żenująco dosłowny, bez pomysłu, bez smaku. Czy równie nieudany Wnukom i wnuczętom, rażący nachalnym dydaktyzmem.
Siwmir – Ty, po prostu, nie rozumiesz uczuć umownie nazywanych macierzyńskimi, które przesłaniają jakiekolwiek kryteria obowiązujące w literaturze, i które według większości ludzi usprawiedliwiają wszystko.
Jan Siwmir – One nie przesłaniają i nie usprawiedliwiają, one wylewają się i ulewają jak niestrawiona kaszka z zachłannego dzioba każdego, czy to zwierzęcego, czy to ludzkiego, oseska. Co tylko potwierdza, to co powiedziałeś na początku. Im silniejsze uczucie, tym trudniej opisać. Dlatego nie każdy może się za opisywanie zabierać.
Siwmir – Gdyby jednak wiersze Zumisa odpowiednio posegregować?
Jan Siwmir – Wtedy, po dołożeniu jeszcze kilkunastu, powstałyby trzy tomiki. I znalazłyby rację bytu trzy motta, widniejące na początku książki. O dwa za dużo jak na jeden tomik.
Siwmir – Ja zrobiłbym trzy części, wyraźnie oddzielone od siebie, kilka utworów bym wyrzucił i myślę, że wtedy dałoby się ten zbiór obronić.
Jan Siwmir – Obronić może tak, ale nie wybronić całkowicie. Nadal pozostaje kwestia wycięcia niektórych fragmentów i konieczność wyraźniejszych point. Tok narracji wiersza (zwłaszcza filozoficznego) musi do czegoś prowadzić, nawet jeśli byłby to skraj przepaści. Nie można tylko ot tak sobie podywagować. A żeby mądrzej brzmiało, pookraszać wtrętami z obcego języka. Odchwaścić z łaciny trzeba te wiersze obowiązkowo. Niekoniecznie dlatego, że niewielu ją rozumie, ona najzwyczajniej w świecie nie jest potrzebna w tych wierszach w takiej ilości.
Siwmir – Surowy dziś jesteś jak rzadko. Odetchnij głęboko i spójrz na wiersze takie jak Subiektywny ogląd, Nasyceni, Andrea Bocelli, Carte blanche. To bardzo dobre wiersze.
Jan Siwmir – W tym przypadku muszę być surowy. Nie chcę, żeby Jan Zumis był jednym z przeciętnych poetów niezauważalnych w tłumie. Jak sam zaznaczyłeś, są w tym zbiorku wiersze dobre i bardzo dobre. Są (nieliczne) ładne sformułowania, jak na przykład to z wiersza Coś z Kawafisa:

A gdy dzień się przetoczy
kłębem emocji
(własnych i cudzych)...

Urzekły mnie te „cudze emocje”. Zazwyczaj skupiamy się na własnych, a przecież uczucia innych też przechodzą przez nas jak nawałnica. I nie pozostają bez śladu.
Poeta musi szukać innego spojrzenia na świat. Jeśli widzi to samo i tak samo jak inni ludzie, trudno mi będzie nazwać go poetą.
Siwmir – Oprócz innego spojrzenia, musi też umieć tak zestawiać słowa, by nie brzmiały jak dysonans, ale układały się jak puzzle, które idealnie pasując do siebie, tworzą oryginalny obraz. Moim zdaniem Jan Zumis ma duży talent, potencjał i możliwości, przydałoby mu się natomiast trochę roztropności w selekcjonowaniu własnych utworów oraz znalezienie takiego przyjaciela, który dla jego dobra, ostro i krytycznie, a przede wszystkim chłodno recenzowałby każdy wiersz. Bogiem a prawdą każdemu z nas przydałby się taki przyjaciel.
Jan Siwmir – Dixi.


Jan Zumis, Światłocienie, Wyd. Adam Marszałek,Toruń 2009, 88 str., wstęp Jan Zdzisław Brudnicki.

Recenzja: Jan Siwmir PYTANIA NA ŹLE ZADANE ODPOWIEDZI

Autor: Michał Dec-Budziszyński


Trzeba być nie lada buntownikiem, aby w dobie panującego wszechobecnie chrześcijaństwa pluć mu w twarz. Feuerbach nie wahał się jednak zadrzeć z Bogiem i światem. Za karę został opleciony spiskiem milczenia, skazany na zapomnienie, ignorowany. A mimo to jego myśl żyje i zapładnia podobne mu dusze. Według Feuerbacha religia jest tylko „snem ducha ludzkiego”. Człowiek przetransponował swoje fantazje i pragnienia na fikcyjną, urojoną postać Boga. I zrobił to na swój obraz i podobieństwo. A taki zabieg okazał się bardzo groźny w skutkach; jeśli bowiem człowiek czyni dobro, to nie dlatego, że szanuje innego człowieka, ale dlatego, że wisi nad nim kij w postaci kar boskich, albo marchewka z obietnicą raju. Co oznacza, że człowiek nie może być z gruntu dobry, że bez Boga jest wyłącznie zgniłym odpadkiem. Taka wizja relacji Bóg – człowiek nie odpowiadała temu wielkiemu myślicielowi. Taka wizja obca jest także Janowi Siwmirowi, który swoim poetyckim wyznaniem, zawartym w Pytaniach na źle zadane odpowiedzi, walczy z Bogiem, czasem i ... ludźmi – takimi jakimi są, bo chciałby, aby byli inni. Mówi o złudzeniach, jakie mamy w związku z Bogiem, o wątpliwościach związanych z jego istnieniem, o wygrażaniu pięścią temu, którego przecież być nie może, aż w końcu o nadziei, która wbrew rozumowi pulsuje gdzieś pod skórą, każe wypatrywać znaków i trwożliwie rozgląda się za czymś, co zaprzeczy nieodpartej logice. I która ostatnia umiera.


Bo jeśli Boga nie ma, to kogo postawić zamiast niego na piedestale? Drugiego człowieka, jak chciał Feuerbach? Tyle że ten drugi człowiek jest w odczuciu Siwmira wyłącznie „myśliwym” potrafiącym zdobyć się na wiele wyrzeczeń, żeby móc skrzywdzić bliźniego, li tylko dla własnej przyjemności.


Zadano nam ten świat jak pracę domową z matematyki czy fizyki, lecz jest ona źle zadana, gdyż nie można obliczyć prawidłowego wyniku. Co gorsza, trudno znaleźć właściwe pytania, aby po nich dojść do tego, gdzie tkwi błąd. Zwłaszcza, że zmienna, jaką jest czas, za każdym razem przybiera inny grymas, grymas rosiczki pochłaniającej swe ofiary.


Gdy po raz pierwszy przeczytałem tomik poezji Jana Siwmira uderzył mnie właśnie ten filozoficzno- egzystencjalny nurt, obecny niemal w każdym wierszu. Dopiero, gdy wróciłem do niego po raz kolejny, zauważyłem jak bardzo szczere są te miniatury, jak dramatyczne. Poezja z natury rzeczy jest sprawą osobistą, nie każdy jednak uchyla rąbka zasłony prowadzącej do najintymniejszych miejsc mózgu. Popatrzmy choćby na wiersz ludzie w twojej duszy:


...są takie dni kiedy słyszysz w ludziach
jak żądze szepczą w zmowie
i chwile w których rozumiesz
że to odbicie lustrzane


tego co drzemie w tobie


Te miejsca to nie wyuzdane, erotyczne wyobrażenia, ale pełna świadomość nie tylko swojej dobrej strony, lecz i tej okrutnej. Krwiożercze pragnienia Siwmira spotkać można w wielu wierszach. W jednym miejscu żałuje on, że lawiny przysypują nie tych, co trzeba, w innym mówi „czasy zarazy miały swe dobre strony”. Albo woła:


... podejdę pod wasz dom
i zawołam
teraz wasza kolej
na strach


Na zakończenie wypada podkreślić, że tak jak postulowała wielka polska poetka W. Szymborska (którą zresztą Jan Siwmir jest zafascynowany), każdy wiersz przedstawiony w Pytaniach na źle zadane odpowiedzi, jest odrębną całością, gdzie forma podąża za treścią, a przy tym wszystkie one brzmią spójnie i stanowią świadectwo doskonałego warsztatu.


Te wiersze nie są przeznaczone dla większości ludzi, one zaistnieją wyłącznie w świadomości wybranych. I miejmy nadzieję, że tą właśnie drogą potoczy się dalszy rozwój kariery pisarskiej Jana Siwmira. Wbrew temu, co twierdzi sam autor, poezja nie jest egalitarna, jest elitarna.


Być może Jan Siwmir, z racji swego nonkonformizmu, zarówno w formie jak i w treści zostanie milcząco oskarżony i skazany, lecz przecież on sam dobrze wie, iż „poeci pośmiertnie odmierzają czas”.


Jan Siwmir, Pytania na źle zadane odpowiedzi, Wydawnictwo SPP, Warszawa 2009.

Recenzja: Karol Maliszewski SAJGON


Autor: Tomasz Marek Sobieraj

Krytyk i eunuch z jednej są parafii,
Obaj wiedzą jak – lecz żaden nie potrafi.
Tadeusz Boy-Żeleński


Kiedy już krytyk otrząśnie się ze zniewagi i postanawia udowodnić, że dwuwiersz Boya to krzywdzące uogólnienie, może zrobić się interesująco – szczególnie, gdy tym krytykiem jest nauczyciel, historyk filozofii i doktor nauk humanistycznych w jednej osobie, mentor nowych pokoleń ludzi pióra, sędzia poetów i pisarzy, Karol Maliszewski. Zaiste, człowiek to wielkiego ducha, skoro postanowił poddać się publicznej wiwisekcji i opublikować, częściowo za pieniądze podatnika, „osobiste wyznania wyzwalające oczyszczający wstrząs” – że posłużę się cytatem z Sajgonu, w najkrótszy sposób charakteryzującym tę książkę.

Gdyby jednak ktoś spodziewał się w wydaniu Maliszewskiego dzieła tej miary, do jakiej przyzwyczaili nas współcześni klasycy tego gatunku, jak np. Masłowska, Kalicińska czy Stasiuk, rozczaruje się – i to pozytywnie. Wiem, to co piszę, jest herezją. Jednak od naszego bohatera dzieli te osoby dystans niełatwy do pokonania. W przeciwieństwie bowiem do krótkich jak u słabego czwartoklasisty zdań Stasiuka, Maliszewski pisze zdaniami długimi, złożonymi, pozwalającymi nabrać oddechu i pędu, wskazującymi na lepszy warsztat pisarski; od Kalicińskiej różni go to, że pisze o rzeczach ważkich, a nie o pierdołach dla egzaltowanych pań i unika nieistotnego dialogowania, zaś od Masłowskiej dzieli go ta gruba kreska, która rozgranicza ludzi w pewnym sensie światłych od półanalfabetów. Także w warstwie fabularnej autor Sajgonu potrafi wznieść się nieco wyżej, i z reporterskiej powłoki przedstawiającej życie prowincji uczynić pretekst do sporu o uniwersalia – czyni to trochę nieporadnie, naiwnie, ale zawsze jest to przynajmniej próba nadania literaturze istotności, a nie zwykłe wynurzenia gminnego pisarza. Odwrócona aksjologia, tak niepokojąca autora, wysuwa się zatem na pierwszy plan podskórnego obiegu tej książki, na równi z zagadnieniami egzystencjalnymi i ontologicznymi, przedstawionymi może niezbyt odkrywczo, trochę infantylnie, jednak – o czym należy pamiętać – nie jest to praca filozoficzna, nawet nie powieść w ścisłym słowa tego znaczeniu, a jedynie zbiór refleksji nad rozkładającym się światem i postępującym zbydlęceniem człowieka. Dlatego to, że Maliszewski nie potrafi narzucić sobie pisarskiej dyscypliny, pisząc często w sposób chaotyczny, rwący się jak nie przymierzając pijacka opowieść, nie jest w stanie umniejszyć wartości tej książki jako głosu nad stanem człowieczeństwa.

Można też czytać Sajgon jako utwór stanowiący z jednej strony wyraz umiłowania swojej małej ojczyzny, a z drugiej jako przejaw frustracji i kompleksów małomiasteczkowego nauczyciela, niedocenianego literata i starzejącego się nieuchronnie mężczyzny. Nie mniej znaczący jest interwencyjny charakter niektórych fragmentów książki, w których autor poddaje krytyce lokalne władze (a nawet system polityczny kraju, będący tutaj formą jakiejś zwyrodniałej demokracji zbliżonej do narodowego socjalizmu), wytyka upadek wartości duchowych, wskazuje na intelektualną nędzę literatury, literatów i krytyków, ujawnia niesmaczne kulisy konkursów poetyckich i niezasłużonych karier poetów, w pełnym świetle pokazuje głupotę systemu edukacji i jego pracowników, obnaża miałkość i nieuctwo krytyki. Dostaje się nawet kościołowi i klerowi, co świadczy o odwadze Maliszewskiego, albo o skłonnościach samobójczych. Zastanawia tylko, jak to jest, że wcielone w różne postacie tej książki literackie alter ego Karola Maliszewskiego oraz on sam, bohater tej niepowieści, taplający się w bagnie polskiej rzeczywistości, nie ulegają zabrudzeniu, stanowiąc wzór etycznego dandyzmu – to już zalatuje bajkami z mchu i paproci, na które pan doktor nas nie nabierze. Także wzorcowa mądrość bohaterów-narratorów występujących w Sajgonie wydaje się podejrzana i nieco śmieszna, przywodzi bowiem na myśl wypracowania uczniów podstawówek, w których programowo przedstawiają się jak skrzyżowanie św. Franciszka i Batmana, ale cóż, licentia poetica – chociaż w przypadku prozy mocno tkwiącej w świecie realnym, winna być dawkowana z umiarem.

Zdumiewa nieco pojawiający się w tej książce erotyzm. Zdumiewa nie tym, że jest, ale że taki bezbarwny, jak w mongolskim pornolu. Widać autor wyszedł z założenia, że dla każdego coś miłego, bo to zwiększy sprzedaż, ale mistrzem gatunku to on nie jest. Wykorzystałem swoje skrzywienie zawodowe i wykonałem drobną analizę zachowań seksualnych przedstawionych na kartach tej książki. W sumie, na 27 rozdziałów Sajgonu, w 14 pojawia się jakaś forma seksu, czyli w ponad połowie. Ulubionym rodzajem erotycznego szaleństwa jest dla Karola Maliszewskiego masturbacja, pojawiająca się 4 razy, pozostałe występują jednokrotnie i pozwolę je sobie wymienić, bo to temat, który chyba wszyscy lubią, a i uczciwość krytyka tego wymaga. A zatem: orgia, robienie loda przez nieletnią, niezidentyfikowane zabawy pod kołdrą, rozważania o pochwach, rozważania o ruchach frykcyjnych, seks grup mniejszościowych, przedwczesny wytrysk, fetyszyzm grupowy, pochwa indywidualna, orgia zakonnic, wytrysk gejzeru (nie wiem, czy to się liczy, ale kto wie, Maliszewski to też poeta i przecież to może być metafora, a może nawet alegoria). Niestety, nie są to barwne opisy, a jedynie szkice, wzmianki, sugestie, drobne bączki, dlatego, chociaż to kuszące, nie można zaliczyć Sajgonu do jakże ubogiej w naszej literaturze kategorii erotyki. Czytelnikom zaniepokojonym tak znacznym udziałem masturbacji (28,57% ogółu zachowań seksualnych) polecam pójście na konkurs poetycki – jurorom (obojga płci) naprawdę nic innego nie pozostaje, szczególnie jeśli mają do czynienia z twórcami awangardowymi. Niemniej, po tych twardych danych statystycznych, trochę strach zajrzeć do Nowej Rudy, szczególnie w czasie wakacyjnych ekskursji, kiedy to uwolniony od szkolnych obowiązków i wypoczęty Karol Maliszewski przechadza się po miasteczku i okolicach, i nie wiadomo, co myśli wspinając się niczym prowincjonalny Settembrini na równie prowincjonalną Czarodziejską Górę, czyli np. Wielką Sowę. Uprasza się zatem o niewysiadanie z samochodu, a najlepiej to od razu walić przez Kłodzko na Kudowę i do Czech albo Austrii. No, chyba że komu wszystko jedno.

O ile erotyczna wyobraźnia Karola Maliszewskiego w istocie nie ma dla nas większego znaczenia, to powinna nas interesować jego wyobraźnia w ogóle – w końcu podobno to pisarz i poeta, a nie reporter. Od lat twierdzę, że rzeczywistość powinna być pokarmem, który artysta zamieni w energię, energię, która olśni. Rzeczywistość powinna być strawą, z jakiej artystyczne zwierzę zbuduje mocne tkanki, kości, ścięgna, mięśnie i krew swojej sztuki. Jednak większość – tak zwanych – artystów i krytyków uważa, że samo życie jest sztuką i wystarczy je opisać, najlepiej awangardowo, czyli nieudolnie, by powstało dzieło – ci stanowią ten porykujący głośno tłum niedouków. Karol Maliszewski ma większą świadomość, bo jednak skończył szkołę a nawet ma doktorat – co prawda o dyskusyjnych znamionach naukowości, ale zawsze – zatem usiłując przypodobać się wszystkim, wybrał coś pomiędzy odtwórczością a kreacją, rynsztokiem a estetyzmem, bełkotem a intelektualizmem, czyli krótko: sztuką ludową a elitarną, co powoduje jego rozdarcie, a nawet niesie ze sobą ryzyko jeśli nie depresji, to schizofrenii. Cóż, nie każdego stać na to, żeby zachować się jak podmiot liryczny w wierszu Roberta Frosta The Road Not Taken, i nie można tego wymagać od słabej, człowieczej istoty, podszytej dzieckiem i targanej sprzecznościami. Można natomiast od niej wymagać, szczególnie jeśli jest nauczycielem, żeby ustaliła zasady i trzymała się ich, a jeśli i to za dużo, by przyjęła zasady cudze, i zaczęła stosować jako program własny, twardo i konsekwentnie. Karol Maliszewski jednak nie wybrał żadnej z dróg i wlazł w krzaki między nimi, co jakiś czas gubiąc się i po omacku trafiając na jedną lub drugą, za każdym razem zachwycając się odkryciem, po czym z masochistycznym upodobaniem zapada w ciernie, kalecząc się jak niesforny Karolek, który nigdy, na złość wszystkim, nie zostanie mężczyzną. Postawa naiwna, która doprowadziła do tego, że to, co robi w literaturze, nie jest pełne, nie jest nawet zamkiem z piasku, jest dopiero piaskowym podzamczem. To i tak więcej, niż u większości, ale za mało, aby być z siebie zadowolonym, do tego wystarczy jedynie na nadmuchaną wielkość, jakich już pełno w polskim grajdole. A przecież każdemu poważnemu artyście chodzi o wielkość prawdziwą. Wracając do rzeczywistości jako pokarmu dla wyobraźni – Karol Maliszewski pokarm znajduje, bo pełno go dookoła, ale niestety, ma problemy z przyswajaniem, więc szybko wydala niestrawione resztki, przez co nie rośnie, słabnie i popada w anemię. Skutek jest taki, że zamiast pełnego fantazji i nowych artystycznych bytów ryku lwa z Nowej Rudy, mamy żałosne skamlenie kojota – skamlenie na pogarszającą się rzeczywistość, której sam, w jakimś sensie, jest twórcą.

W sumie jednak Sajgon jest głosem istotnym – oczywiście nie jako dzieło literatury pięknej, bo twórcza impotencja i warsztatowe braki to wykluczają, ale istotnym jako przyczynek do, może w końcu poważnego i rzeczowego, dyskursu o jej stanie, o dewaluacji wartości i konieczności ich przewartościowania. A że to głos jednego z tych, którzy sami nagrzeszyli jako sędziowie poetów i pisarzy promując mierność, ludowość i wtórność, to lepiej, bo świadczy albo o nieznośnym poczuciu winy i chęci naprawy wyrządzonych szkód, albo o nieskrywanej hipokryzji, pysze i arogancji. Obie ewentualności mnie cieszą, bo też mam paskudny charakter.

A teraz jeszcze gratis dla czytelnika niniejszej pracy sprowokowany dziwacznym obyczajem kultywowanym przez polską krytykę, a polegającym na streszczaniu fabuły i komentarzach do niej. Zwyczaj ten wynika zapewne z luk w edukacji, ale zaczął mi się podobać, bo czyni pracę krytyczną łatwiejszą i bardziej zabawną, więc postanowiłem go przyswoić i powołać do życia „nową świecką tradycję”, czyli dołączać do mojego tekstu trawestację, burleskę, satyryczne streszczenie utworu – jak kto woli, niekiedy używając słów autora, czasem jego uczniów, apostołów i apologetów. Mam nadzieję, że zachęci to do lektury książki. Owoc tego eksperymentu poniżej.

Rozdział I
 Literackie alter ego autora jest rozdwojone – to nauczyciele: Teodor Szeremeta, mówiący prowincjonalną polszczyzną ortograficzny ortodoks, i on sam, Karol Maliszewski. Toczą bój o poprawną ortografię, a koleżanka z pracy, Janina Świstak, to ewidentna półanalfabetka. K.M. sugeruje, że nauczyciele, czyli także jego koledzy i koleżanki, to bezmyślne głupole po studiach wieczorowych (przy czym on też, zdaje się, kończył polonistykę na wieczorowo-podyplomowych-skróconych kompletach). Bohater zresztą ma wątpliwości, czy nie jest taki sam, jednak po chwili rozwiewa je na swoją korzyść twierdząc, że posiada wyższą świadomość, przez co należy do odmiany intelektualnie górującej nad resztą nauczycielskiego (i nie tylko) plebsu, czego dowodem jest to, że pisze (sic!) – ryzykowne stwierdzenie w czasach literatury opanowanej przez dyslektycznych niedouków. Bohater nie kryje swojego upodobania do ochlejstwa, co, jak można sądzić, jest typowo nauczycielską przypadłością. Heroicznie walczy z religijną grafomanią (ale trochę szkoda, że nie ze świecką – ale jakże mógłby – K.M. w realu to przecież apologeta grafomanów). Nie lubi się z myślącym i niesfornym samochodem produkcji japońskiej, przywodzącym na myśl deliryczne wizje. Udaje się więc na szkolną pielgrzymkę do Częstochowy, gdzie w kolejce do kibla snuje naiwne rozważania egzystencjalne przeplatane pseudoontologicznym baraboleniem (nie pozbawionym w chwilach większej jasności umysłu diagnoz odważnych). Rozdział kończy się masturbacją bohatera w sądzie – wykonaną profesjonalnie przez panią prokurator – i szczęśliwie, wytryskiem.

Rozdział II
Bohaterem jest prowincjonalny żurnalista cierpiący na weltschmerz, który stawia diagnozę stanu społeczeństwa, znajdując w nim jedynie 5% sprawiedliwych (jak to policzył?) do których oczywiście sam się zalicza. Podniesiony na duchu usiłuje uwieść kulawą koleżankę z pracy, ale bez powodzenia. Dopiero podczas ogólnomiasteczkowej orgii w poniemieckich bunkrach odbywa upragniony stosunek płciowy z wyżej wymienioną niewiastą, po którym awansuje, toczy boje z małomiasteczkową sitwą (do której oczywiście należy także babrzący się w moralnym bagnie kler), wynosi na szczyty lokalną gazecinę i czyni za jej pomocą dobro, obsypując mieszkańców Radkowa (koło Nowej Rudy) deszczem pieniędzy.

Rozdział III
Bohater obejmuje sytuację myślą i daje wskazówkę młodym adeptom sztuki pisarskiej, że należy panować nad fragmentem świata, jednocześnie odważnie rezygnuje z pojęcia „widoczne szwy” na rzecz pociągania za niewidoczne sznurki. My też wolimy pociągać. Na scenie pojawia się tajemnicza Marysia, poddana równie tajemniczym badaniom, dzięki którym ma papiery na rozmnażanie. Przychodzi wiosna i śpiewają ptaki a półmyśl bohatera pragnie zaistnieć obiektywnie. Marysia zbliża się do murarza Janka i udziela się społecznie wokół kościoła i harcerstwa, a Janek obwąchuje brunetkę wydzielającą woń (jaką i skąd, K.M. taktownie milczy). Rozlega się lament nad ciężkim losem utalentowanej młodzieży z małych miasteczek (do której kiedyś K.M. należał, to wie jak to jest). Marysia tłumaczy, że nie pisze wierszy, bo z nią i ze światem wszystko jest w porządku (tak, według wielu poezja winna mieć charakter interwencyjny, nie intelektualno-estetyczny). Świat jest w tym rozdziale podobny do świata orwellowskiego albo naszego, szczęśliwie, można się onanizować, co Janek czyni z zapałem, po czym Marysia umiera a narrator deklaruje wiarę w człowieka.

Rozdział IV
Docieramy do Sajgonu – bynajmniej nie uroczego miasta w delcie Mekongu, ale mrocznego osiedla artystów, dziwek i żuli w Nowej Rudzie. Jednocześnie to rodzaj niekomercyjnego Broadwayu, gdzie kwitną awangardowe teatry opanowane głównie przez dziatwę. Następuje pochwała odpowiedzialności. Nikt się nie onanizuje.

Rozdział V
Zaczyna się dobrze, bo od słusznego skądinąd dowalania pseudointelektualnym wygibasom artystów (przyganiał kocioł garnkowi). Bohater staje się wilkołakiem, pragnie krwi, ciała i zabijania, więc aby sobie ulżyć, czyta poezję i robi pranie. Reklama „Żabki”. Pojawia się jedenastoletnia Klaudyna, pochodząca ze środowiska prostytuujących się alkoholików, i dowiadujemy się, że miasteczko ginie, bo codziennie wyjeżdża z niego kilka autobusów z emigrantami. Żeby nie było tak smutno, dziewczynka onanizuje się, a bohater – nauczyciel, uczy dzieci uśmiechu i nie informuje o czyhającym determinizmie, zaś w bramie śmierdzi uryna i odpoczywa rozkładający się szczur (rozkłada się odpoczywający szczur, szczurzy się odpoczywający rozkład, rozkłada się szczurzy odpoczynek, itd. – ileż to możliwości daje nam polska mowa by awangardowo opisać tę depresyjną rzeczywistość!).

Rozdział VI
Miasteczko pisarzy i poetów. Bohater jest krytykiem i mentorem, poucza naród jak należy pisać, jednocześnie składając samokrytykę, że jest dupa a nie pisarz (z czym trudno się nie zgodzić, i bynajmniej nie jedynie przez grzeczność). Poszukuje lokalnej duchowości (chwała mu za to) i przyznaje, że teoria rozmija mu się z praktyką (a jednak widzi, że nieudolny, ten K.M.). Nikt się nie onanizuje, i pewnie dlatego rozlega się lament nad małomiasteczkową duchową nędzą.

Rozdział VII
Panuje faszyzm, albo demokracja, wszystko jedno, takie to teraz podobne. Trochę nawet jak z Domu Nadzoru albo Procesu - dobre, skądinąd, wzory. Bohater Kamil pragnie fragmentarycznie wycofać się z życia i przysłuchuje się ontologicznemu dyskursowi staruszków, jednocześnie gardząc Faulknerem, który nie jest Olgą Tokarczuk. U Kamila stwierdzono depresję, więc bierze udział w konkursie literackim, ale bez powodzenia. Z dna wyciąga go telefon od starej znajomej, która prosi, by został jurorem konkursu poetyckiego (już wiemy, skąd rekrutują się jurorzy, zawsze podejrzewaliśmy, że to jacyś nieudacznicy); zostaje i nagradza starszą panią piszącą rymy w stylu Brzechwy, co może oznaczać, że nie jest alter ego K.M., który przecież by nagrodził któregoś z twórców rynsztokowych. Jedzie do Biłgoraja jurorować w innym konkursie, gdzie spotyka Karola Maliszewskiego, radzącego mu regulować teksty po kątem odbiorcy (jaki on mądry w teorii, ten Karol, ale tylko w teorii). Pojawia się Zosia, śniąca o rodzinnych sobotnich ablucjach w pohitlerowskiej wannie, a my dowiadujemy się, że Zosia ma krocze słabo owłosione i ogromne piersi, a jej matka odwrotnie, co sugeruje, że piersi i krocze Zosia ma po ojcu. Poznajemy też jej preferencje seksualne oraz upodobania literackie jej partnera, zaczytującego się w w genialnym tłumaczu i niepoecie Barańczaku, niedouczonym grafomanie Świetlickim i zmądrzałym na starość sporadycznym poecie Wacie. Oświecona lekturą Zosia w końcu zaczyna kapować, o co chodzi w poezji, i zostaje recenzentką, chwilę później jurorem (no, tak też rodzą się jurorzy) konkursów literackich. Czas na Bożenkę, również jurorkę, i księgową z domu pomocy społecznej, w którym pensjonariusze głównie się onanizują lub poszukują partnerów seksualnych, a jedna matka nawet wali konia swojemu synowi co piątek (pytanie do wyrodnej kobiety: co tak rzadko?). Nagle narrator przeprowadza krytykę lektur szkolnych. W kolejnej scenie Kamil z Zosią gmerają sobie gdzieś, przykryci kołdrą. Przychodzi Karol M. i Bożenka, dzielą nagrody za wierszyki w centrum wydarzeń duchowych, jakim jest Biłgoraj. Karol nie chce słuchać o cudownych właściwościach łechtaczki Zofii ani zapoznawać się ze sromem Bożenki, więc bierze grzałkę (po co? ohyda, tfu, Karol!) i wychodzi. Jest nam przykro, że autor postępuje egoistycznie, bo lubimy łechtaczki i sromy. Następuje ironiczne zadumanie Karola Maliszewskiego nad prowincją i jego pretensje do prasy centralnej, że nie dostrzega oddolnych inicjatyw i twórców prowincjonalnych (czytaj: takich jak on). Picie piwa. Karol żali się, wręcz spazmuje, że poezja dla młodych to nie czynność metafizyczna, tylko hobbystyczne pitolenie, sugerując tym samym, że Podgórnik, według niektórych kryteriów niestara, to jednak pitoląca amatorka, a Szymborska nie. Coś nam tu nie gra.

Rozdział VIII
Z gospodarstwa agroturystycznego przenosimy się do miasteczka, przez które maszeruje żałosna w swym rozkładzie orkiestra górnicza. Pojawiają się dwaj dziennikarze, aż z Krakowa, którzy trafiają na prowincjonalnego poetę, ale zapominają, po co przyjechali. Nowa postać – Czarny, fagocista, rozmyśla nad pochwami kobiet, raz suchymi, ściśniętymi, innym razem znów rozłożonymi, klapciastymi i mokrymi, w które wchodzi albo nie, ale zawsze na końcu zabiera fagot. Dziennikarze odzyskują pamięć i włóczą się z poetą-nauczycielem po miasteczku samobójców. Śmierć kolegi poety i wspólne czuwanie z Olgą Tokarczuk, która mieszka niedaleko i widuje kosmiczny koperek. Wokół biedaszyby i ogniska. Nikt nie kopuluje, żadnej masturbacji, jakoś tak dziwnie, nieswojo.

Rozdział IX
Poświęcony prelekcji i rozważaniom na temat braku piękna w ruchach frykcyjnych, które (rozważania) przechodzą w lament bohatera nad sobą samym i życiem utraconym. Szczęśliwie następuje katharsis (nie wiemy, w czyim ujęciu, a jest ich trochę), po nim praca organiczna i samorozwój. Godne pochwały. Jesteśmy zbudowani.

Rozdział X
No copulation, no masturbation. Zgroza.

Rozdział XI
Nauczyciel rozmyśla nad kanibalizmem metafizycznym, śmiercią gliny z rąk garncarza i robakach, oczywiście w kroczu, po czym kopie ucznia (uczciwie należy przyznać, że gówniarz zasłużył) i snuje rozważania na temat nieprzystawalności programów wychowawczych i edukacyjnych do rzeczywistości, obnaża głupotę szkolnej papierologii, kuratoriów, wydziałów edukacji i innych jednostek (i tutaj należy się zgodzić z autorem, bo to facet i praktyk, więc nie lubi tej polskiej pozorności wynikającej z nadmiaru rządzących bab, nawet tych z jajami,, co to udają facetów). Żadnego seksu. Nic.

Rozdział XII
Bohater pomaga Teresie w transporcie świerkowych gałęzi (pytanie do leśnictwa: czy zdobyła je legalnie?) i wspomina wycieczkę do Niemiec. Czytelnika ogarnia niepokój – trzeci rozdział bez kopulacji, i to u Niemców?!

Rozdział XIII
Początek pisany jakby po pijaku, szczęśliwie następuje powrót do prelekcji z rozd. IX. Dowiadujemy się o życiu seksualnym różnych grup mniejszościowych i poznajemy zakonnicę rozmyślającą o męskości i kremach przeciwzmarszczkowych. Prelegent mówi o skurwieniu literatury i wydawców, a siostrzyczka obnaża swoje kryptolesbijskie i jawnopogańskie skłonności.

Rozdział XIV
 Szkolna wycieczka do Czech i wyznania o kobietach mądrych, luzujących smycz, o byłej żonie-potworze rujnującej życie bohaterowi i, co najważniejsze, o przedwczesnym wytrysku, który pamiętamy z wczesnej młodości, i pewnie dlatego ogarnia nas nastrój sentymentalny. Wyjmujemy zdjęcie naszej pierwszej kobiety głęboko schowane pośród narzędzi (albo książek, płyt, pornoli, resoraków - obojętne) i zastanawiamy się, jakby to było, gdyby to ona zrzędziła teraz w kuchni, a nie ta stara k...

Rozdział XV
Znana z rozdz. V Klaudyna umie już robić loda. W tym wieku, i taka mądra! Bohater jedzie rowerem i wyjawia, że nie znosi poezji, która ma coś do zrobienia, która chce nas urobić i źli go, że musi odłożyć estetyczne skrupuły (sic!). Panie Karolu, i znowu teoria sobie, życie sobie. Głupio tak.

Rozdział XVI
Bohater skręca w polną drogę i robi to, o czym inni mogą tylko pomarzyć siedząc w mieście: uprawia seks grupowy z ziemią, trawą i żwirem w rowie. Dyszy i delikatnie dotyka sutków ziemi i rozgarnia trawę jak włosy łonowe, a ta dziwka jest gotowa do kopulacji z kimś innym. Ziemia to kurwa. Wybieramy naszą starą, wierną sztuczną pochwę, którą kupili nam koledzy z pracy na imieniny.

Rozdział XVII
Bohater infantylnieje i zamienia się we Władysia Pałysa, ucznia klasy piątej noworudzkiej podstawówki, który podczas czynu społecznego znajduje trupa pięknej dziewczyny i zakrywa jej nadpiździe listowiem.

Rozdział XVIII
Posiedzenie klubu literackiego „Dziewięćsił” i przyjmowanie do niego sprzątaczki Marii Klaczko, która nie ma warsztatu, robi błędy ortograficzne i stylistyczne, i ogólnie pierdoli od rzeczy, co, jak wiemy, kwalifikuje ją do miana nowoczesnej poetki, a realnemu Karolowi Maliszewskiemu nie przeszkadza, świadczą bowiem o tym jego poetyckie pupilki (pipulki?). Natomiast książkowy Karol Maliszewski zostaje w tym rozdziale posądzony o awangardowość, czyli w naszym rozumieniu nieudolność. Niska samoocena, ale jakoś to wszystko pasuje. Zero kopulacji. Czysta ohyda.

Rozdział XIX
Zaczyna się rozważaniem narratora o poruszeniu, jakie powinien wywołać wiersz (zapomina dodać, że różne rzeczy różnych ludzi poruszają, że to kwestia wrażliwości, smaku, wykształcenia i paru jeszcze innych cech, zatem K.M. wypowiada kosmiczną głupotę, według której poruszenie jest uniwersalne, jednakie dla chama i pana, a jestem w stanie założyć się o większą kwotę, że Masłowska poruszy Świetlickiego, ale nie znalazłaby uznania u Staffa). Następuje krytyka innych jurorów, że są interesowni, nie to co on, uczciwy. Dalej bohater zostaje nauczycielem akademickim i bredzi podobnie jak jego niedouczeni zaoczno-wieczorowi studenci na płatnych studiach, wyobrażający sobie, że są co najmniej w Gaju Akademosa i siedzą u stóp Platona (figa, poniosły mnie wodze wyobraźni – pewnie nigdy o tym nie słyszeli). Bohater siedzi i onanizuje się pseudointelektualnym wierszykiem jako Wujek Dobra Rada. No, i wreszcie coś dla ludzi – idzie płeć i wystaje jej z pochwy trawa. Nie wiemy jaka, pewnie turzyca łąkowa. A może bambus? Byle nie kostrzewa sina, której mamy pełno w ogrodzie i nas wkurwia. Dalej nuda, jakieś brednie o niemęskości wiersza pewnego grafomana, który nie chodził do niego na warsztaty – tak jakby mógł się tam czegoś nauczyć! Na warsztaty, panie Karolu i Drogi Czytelniku, to się bierze kilkaset tomów klasyków literatury, filozofii, historyków i przyrodników, siedzi się nad tym dziesięć lat, albo dwadzieścia, a nawet trzydzieści (gdy trzeba jeszcze pracować zarobkowo) – w przerwach pisząc, skreślając i nie śpiesząc się z wydaniem. Bo wydać książkę to nie problem, ale, jak mówią Rosjanie, słowa wydrukowanego siekierą nie wyrąbiesz. Taka przestroga dla niecierpliwych i próżnych.

Rozdział XX
 Nauczyciel pisze na nowo kronikę szkoły, streszczenia dla całej gminy, a za zarobione pieniądze jedzie do Chorwacji, gdzie mu przecieka namiot, w związku z czym nie kopuluje ani nawet nie onanizuje się. Lato Muminków.

Rozdział XXI
 Bohater wpada w ni to trans, ni to sen na jawie. Ma widzenia, które po latach zaowocują poezją. Żadnych seksualiów, za to ot tak, na osłodę, padają ulubione słowa współczesnych największych polskich poetów i pisarzy: skurwysyny, chuje, spierdalać, co jasno wskazuje, że mamy do czynienia z literaturą wybitną.

Rozdział XXII
Ksiądz, ksywka Żuku, klnie nad cynaderkami i przystępuje do pisania kazania, w którym przestrzega przed nadmiernym zaufaniem do literatury i jej twórców. Następuje nieskoordynowane przejście do wyznań kościelnego Weszbury i Teodora Szeremety – ten drugi nawet niegłupio kombinuje, chociaż niezbyt odkrywczo, co można wybaczyć, bo w końcu jest z Nowej Rudy i trochę nam go żal.

Rozdział XXIII
Bohaterka jest młodą, znerwicowaną nauczycielką, której stażem opiekuje się miejscowy literat, też nauczyciel, ale starszy. Pewnie Karol. Marazm. Weryzm. Beznadzieja. Bezradność. I co najgorsze, bezseks.

Rozdział XXIV
Światowo, ale też jakby prowincjonalnie. Islandia. W każdej wsi poeta, a w miasteczku całe ich zastępy, zupełnie jak w Polsce. Bohater żartobliwie napomyka o wytryskach gejzerów, po czym myli mu się busz, czyli formacja krzewiasta z terenów suchych, z intensywną uprawą mandarynek i bananów – ale jest to wybaczalne, bo na chuj komu ta wiedza potrzebna. Dowiadujemy się również, że na Islandii wszyscy chlają na umór, też jak w Polsce. Islandia to zatem raj dla polskich poetów (Świetlicki to jeszcze siedzi w tym obsranym Krakowie?) By zatrzeć niemiłe wrażenie z wtopy z buszem w szklarni, bohater popisuje się wiedzą z tektoniki, ale taktownie nie rusza geologii. Może to i lepiej. W końcu czytaliśmy Goethego i wiemy, jak to się robi z klasą. Na Islandii nie ma życia płciowego. Nigdy tam nie pojedziemy.

Rozdział XXV
Bohater, nauczyciel, odkrywa, że ma martwą przeponę. Naprawia ją w Wałbrzychu, ale dostaje mandat, na szczęście ze zniżką, więc oddychamy z ulgą. Przychodzi na spotkanie autorskie z Karolem Maliszewskim, który właśnie wrócił z Islandii i twierdzi, że ryby są tam wszędzie. Opowiada o noclegu w klasztorze i następuje wizja nagich zakonnic leżących plackiem przed lalką z pleksi z wyeksponowanym kroczem. Zapewne chodzi o Chrystusa. Dalej biadolenie o samotności, krzyku ciszy i inne pensjonarsko-ćwierćinteligencko-pijackie dyrdymały. Jako bonus dostajemy poradnik zielarski i przestrogę przed grzybicą. W rozdziale obowiązuje wstrzemięźliwość seksualna.

Rozdział XXVI
 Bohater sięga dna w hierarchii nauczycielskiej – zostaje wuefmenem. Pogardzany przez grono pedagogiczne, mieszkańców wsi i okoliczne zwierzęta, żyje w ekstazie półmózgiego miłośnika kultury fizycznej, dla którego istotą bytu jest dwutakt i zagrywka (albo odwrotnie, pies to jebał). Niemniej, po jakimś odbiciu piłki główką dostrzega anachronizm religii, spleśniały marksizm ciała nauczycielskiego, upadek duchowości, słabość człowieka, solipsyzm, i w ogóle okazuje się, że to w czystej postaci tytan intelektu (a nawet przychodzi nam do głowy, czy to nie aby sam K.M.), który skrywa głęboko pod przepoconą podkoszulką pokłady rozumu i wrażliwości (każdy, kto chodził do szkoły, miał średnią powyżej 4 i zdał prawdziwą maturę, wybucha tutaj śmiechem). Pragnie miłości. Bez seksu. Trochę już dla nas za wiele tej wstrzemięźliwości, więc odszukujemy naszą Starą, która akurat wiesza pranie na strychu.

Rozdział XXVII
Ostatni. Trochę więc smutno, bo się człowiek zżył z tym prowincjonalnym bagienkiem i śmiesznymi pretendentami do roli intelektualistów, artystów i innych nierobów utrzymywanych przez państwo. Ale do rzeczy: ostatni dzień szkoły, wakacje, kochany belfer ostrzega przed skakaniem na główkę. Teraz prawdziwy dramat – wchodzi dyrektorka i każe zaklejać dzieciom imię patrona szkoły, kto wie, czy nie faszysty, prof. J. Wittiga. Rozumiemy, że teraz patronem będzie Nasz Papież, Jan Paweł II (chociaż nasz drugi papież, Benedykt XVI podobno chodził do Hitlerjugend, ale co to ma do rzeczy). Nauczyciel dostaje prezenty i chodzi po lesie. Ciągle się boi. A tak w ogóle, to mamy wrażenie, czytając tę książkę, że nauczyciel nie lubi kleru i papieża. Właściwie nie wiemy dlaczego. Żal go nam. Zgadzamy się z Boyem. Puszczamy sobie VII Symfonię Beethovena i od razu robi się lepiej. Jemy obiad. Zupa nie jest za słona, więc Stara się szczerzy. Jeszcze ma czym. Sięgamy po Przygody dobrego wojaka Szwejka. No, to jest literatura! Zapominamy o Karolu Maliszewskim, Nowej Rudzie, ustawionych konkursach literackich i całym tym syfie. Życie jednak jest piękne.

Karol Maliszewski, Sajgon, Biuro Literackie, Wrocław 2009, 158 str. Wydane przy wsparciu miasta Wrocław i Miejskiej Biblioteki Publicznej we Wrocławiu.